O tym jak uratowałem życie Grzesiowi.

W zeszłym roku popsuł mi się laptop, po prostu się wyłączył. Więc Grzesiek (bo tak się nazywał) umarł i już nie wstał. Nie będę uklrywał, spodziewałem się tego bo od roku chłopak ledwo oddychał. Grzesiek ma już pare dobrych lat, czasem go otwierałem, czyściłem i wymieniałem pasty. Myslałem, ze jest mu ze mną dobrze ale kiedy zaczął wydawać dzwięki jakby miał odlecieć już wiedziałem, że nasza przyjaźń dobiegnie końca.

Miałem rację. Pierwszym moim odruchem było szukanie nowego Grzesia, nowszej, ulepszonej wersji. Z którą pokocham się od pierwszego kliknięcia. Po paru dniach zastanawiania się nad nowym modelem laptopa, doszłem do wniosku, że nie potrzebuje żadnej bestii, używam laptopa głównie do przeglądania internetu, maili i ewentalnie jakiejś karcianki – to wszystko. Nie potrzebuje niczego mocnego.

Więc kombinowałem co dalej z Grzesiem. Przeszukałem Allegro w poszukiwaniu tego samego modelu, chciałem sprawdzić czy sprzedanie Grzesia na części będzie mi się opłacać. Niestety kilkuletnie laptopy szybko tracą swoją wartość, nie pozostało mi nic innego niż wyprawa z Grzegorzem w poszukiwaniu pomocy. Padło na serwis laptopów. 190 zł – tyle kosztowała mnie naprawa i – uwaga – przyśpieszenie Grzesia. Był uszkodzony dysk HDD, nie byłem zdziwiony, czasami podróżowałem z laptopem w zwykłym plecaku. Więc uszkodzenie fizyczne dysku gwarantowane. Grześ ma nowy dysk SSD, chodzi dziesięć razy szybciej niż kiedykolwiek, do tego nowy system i znów się kochamy. Nie słyszę też marudzenia podobnego do startującej rakiety. A jak przy startującej rakiecie jesteśmy, to był to objaw jakiejś usterki z wentylatorem, coś poprawili, nie pamiętam już co. Ważne, że działa i mogę dalej grać w karcianki.

Pragnę przypomnieć – zanim coś kupicie, zastanówcie się czy to faktycznie jest wam potrzebne, bo nie ukrywam, gdybym nie przypomniał sobie o istnieniu serwisów to miałbym na głowie bestie Tereskę z kolorową klawiaturą i dotykowym ekranem, a to wszystko na kredyt, bo często myślę o nowych rzeczach, a pieniędzy jak nie było tak nie ma. Uwierzcie mi, na prawdę lubię Grzesia, więc 190zł to wspaniała cena za przedłużenie mu życia. Jestem spokojny, do następnej usterki zapomnę już o Teresce i jej kolorowej klawiaturze.